

Nazywam się Basia Jankojć.
Jestem pedagogiem, mamą nastolatka i osobą, która głęboko wierzy, że spokojniejszego rodzicielstwa można się nauczyć.
Moja droga zaczęła się wtedy, gdy mój syn był mały. Bardzo szybko powiedziałam sobie: nie chcę być takim rodzicem, jakiego sama znałam z dzieciństwa. Nie chciałam krzyku, straszenia, kar ani zdań, które gaszą dziecko zamiast je wspierać.
Chciałam zbudować z moim dzieckiem taką relację, w której będzie wiedziało, że może do mnie przyjść zawsze — nawet wtedy, gdy coś przeskrobie, gdy się pogubi, gdy będzie mu wstyd albo trudno. Chciałam, żeby mogło powiedzieć: „Mamo, nie wiem, co zrobić” — i żeby nie bało się mojej reakcji.
Ale szybko zobaczyłam, że sama chęć nie wystarczy.
Bo w trudnych momentach, kiedy dziecko płakało, odmawiało, złościło się albo nie chciało współpracować, we mnie uruchamiały się zdania, których sama nie chciałam powtarzać:
„Przestań płakać.”
„Nic się nie stało.”
„Dzieci i ryby głosu nie mają.”
I choć bardzo nie chciałam ich mówić, czasem czułam, że cisną mi się na usta same.
Bolało mnie to, bo wiedziałam, jaką mamą chcę być, ale kiedy przychodziły trudne sytuacje, nie wiedziałam jeszcze, co powiedzieć i co zrobić zamiast tego, co sama znałam z domu.
Bywały wieczory, kiedy płakałam, gdy wszyscy już spali. Z bezsilności. Z poczucia winy. Z myślą, że może nie jestem wystarczająco dobrą mamą dla mojego dziecka.
Dziś wiem, że problemem nie było to, że byłam złą mamą.
Problemem było to, że nie wiedziałam jeszcze jak.
Jak zatrzymać się przed krzykiem.
Jak nazwać emocje dziecka.
Jak stawiać granice bez ranienia.
Jak nie powielać automatycznie tego, co wyniosłam z domu.
Jak być blisko, ale jednocześnie wychować dziecko na samodzielnego i odpowiedzialnego człowieka.
Przełom przyszedł wtedy, gdy zaczęłam szukać wiedzy, która była zgodna z tym, co czułam w środku.
Trafiłam na podejście oparte na szacunku, uważności i komunikacji. Zaczęłam stosować proste narzędzia: dawanie wyboru, opisywanie tego, co widzę, nazywanie emocji, mówienie jednym słowem, zamienianie zakazów na pozytywne komunikaty, dawanie dziecku informacji zamiast ocen.
I zaczęło się zmieniać.
Ja stawałam się spokojniejsza.
Mój syn czuł się bardziej rozumiany.
Nasza relacja zaczęła się wzmacniać.
Z czasem zrozumiałam, że dzieci nie potrzebują idealnych rodziców. Potrzebują dorosłych, którzy chcą się uczyć, próbować i po trudnych chwilach szukać lepszego sposobu.
Z czasem zaczęłam widzieć, że te same narzędzia działają nie tylko w domu, ale też w codziennej pracy z dziećmi. Od 2020 roku pracuję w niemieckiej placówce jako wychowawczyni dzieci w wieku żłobkowym i przedszkolnym. Każdego dnia wspieram je w adaptacji, emocjach, relacjach i małych-wielkich wyzwaniach codzienności.
Ukończyłam studia pedagogiczne oraz liczne kursy z obszaru rozwoju dziecka, przywiązania i wspierania małych dzieci.
Na początku niektóre koleżanki dziwiły się, kiedy mówiłam do płaczącego dziecka:
„Wiem, że jest Ci smutno, bo chcesz do mamy.”
Ale później widziały efekty.
Dzieci stopniowo się uspokajały. Zaczynały czuć się bezpieczniej — czasem mówiły o tym słowami, a czasem pokazywały to zachowaniem, spojrzeniem albo tym, że po chwili wracały do zabawy. Wtedy jeszcze bardziej zrozumiałam, że wyrozumiałość, granice i spokój nie są słabością.
Są narzędziami, które naprawdę pomagają dziecku dojść do siebie.
Dziś dzieci, z którymi kiedyś pracowałam, biegną do mnie, przytulają się i pytają, kiedy znowu przyjdę do ich grupy. To dla mnie jeden z najpiękniejszych dowodów, że relacja ma znaczenie.
Najbardziej porusza mnie to, jak dzieci rozkwitają, kiedy czują się widziane. Kiedy ktoś nie ocenia ich od razu, tylko próbuje zrozumieć. Kiedy dorosły potrafi powiedzieć:
„Rozumiem, to jest trudne.”
„Widzę, że bardzo tego chciałeś.”
„Zastanówmy się, co możemy teraz zrobić.”
Właśnie dlatego tworzę kursy, materiały i treści dla rodziców.
Nie po to, żeby mówić Ci, jak masz być idealnym rodzicem.
Nie po to, żeby oceniać Twoje błędy.
Nie po to, żeby dokładać Ci kolejne „powinnaś”.
Tworzę je po to, żeby dać Ci to, czego sama kiedyś bardzo potrzebowałam: konkretne narzędzia, proste zdania i poczucie, że naprawdę można inaczej.
Chcę pomagać rodzicom tworzyć domy, w których jest mniej krzyku, mniej poczucia winy, mniej bezsilności — a więcej spokoju, miłości, rozmowy i zaufania.
Domy, w których dzieci mogą dorastać na pewnych siebie, samodzielnych i pełnych miłości dorosłych.
Moją misją jest pomagać rodzicom w tworzeniu domu pełnego miłości i szczęścia – takiego, w którym ich dzieci mogą rozkwitać.
Bo wierzę, że jeśli szukasz rozwiązania, to znaczy, że już jesteś na dobrej drodze.
Nie jesteś złym rodzicem. Być może po prostu nikt wcześniej nie pokazał Ci, jak możesz zrobić to inaczej.
I właśnie w tym chcę Ci pomóc.